Kochany Kraków

rynek w Krakowie

W zeszłym roku na moim starym blogu, (który dogorywa śmiercią naturalną stąd brak odesłania do właściwego wpisu) popełniłam tekst na temat tego, dlaczego nie lubię mieszkać w Krakowie. Wiecie, Kraków to trochę toksyczne miasto i nie chodzi tutaj tylko o stan powietrza, po prostu wydaje mi się, że ludzie, którzy się do niego przeprowadzają mają jakieś dziwne relacje z tym miastem. To jego składanie się z samych końców, te tłumy ludzi, korki na mieście, menele, nożownicy i maczety to wcale nie jest fajne. Jednak wiecie, co? W głębi serca chętnie wracam do tego miasta. Ostatnio wróciłam na kilka dni w okolice mojego pierwszego krakowskiego mieszkania, do mojej ulubionej dzielnicy gdzie spędziłam 2 lata swojego życia. Dalej jest tutaj mój ulubiony warzywniak, w moim Carrefourze dalej pracują te same kobiety, kościół i szpital dalej stoją w tym samym miejscu. I nawet miasteczko AGH dalej stoi tak jak stało. Choć może to dziwić po wielkości niektórych melanży. Wróciłam tutaj z ogromnym sentymentem a miasto przywitało mnie piękną pogodą tak jakby chciało powiedzieć: „witaj w domu, dobrze, że jesteś”.

Nie ważne, co będzie dalej, gdzie jeszcze zawędruje to zawsze zostanie mi pewien sentyment do tego miasta i do tego, co się w nim wydarzyło. Te imprezy, z których niewiele się pamięta, przeciekające okna, rozmowy po nocach. Po raz pierwszy czuję, że mogłabym tutaj mieszkać trochę dłużej. Najchętniej w okolicach mojej ulubionej Krowodrzy jednak w najbliższym czasie wracam na Czyżyny jednak wcale się nie smucę- je również lubię coraz bardziej.


I nawet moja wena do pisania wróciła. I jest pięknie, chociaż mam sesję i nie wiem, co będzie jutro. 
Copyright © Modest Vagabond